Schronisko

Schronisko

Dwa dni przed Wigilią. Srebrna Panda zatrzymała się na parkingu przed dużym budynkiem. Kierowca zgasił silnik, włączył hamulec ręczny po czym wysiadł z auta i otworzył tylne drzwi. Wyskoczył przez nie beżowy mieszaniec, a za nim, ze smyczą w ręku kobieta.

– Rufi! Stój! – kobieta wcisnęła zatrzask smyczy, by skrócić jej długość i nie pozwolić psu odejść zbyt daleko. Piesek zatrzymał się w pobliżu mężczyzny. Sięgał mu nieco poniżej kolana.

– Jesteśmy na miejscu. Basia, ty trzymaj psa, ja wezmę rzeczy – rzekł mężczyzna i sięgnął na tylne siedzenie auta, a po chwili w jego ręku znalazły się dwie reklamówki oraz duże opakowanie karmy dla psa. Położył to wszystko na betonowym parkingu, po czym zamknął samochód.

– Idziemy – powiedział.

Cała trójka poszła w stronę bramki przed budynkiem. Nad samym wejściem budynku namalowany był wielkimi literami napis SCHRONISKO DLA ZWIERZĄT. Weszli do środka i ujrzeli jakiegoś pana, który spojrzał na nich.

– Dzień dobry – rzekli wszyscy jednocześnie – pan do nich, oni do pana.

– Przynieśliśmy trochę rzeczy do schroniska. – Basia wskazała na trzymane przez mężczyznę reklamówki.

– Proszę postawić je tutaj – pan wskazał na podłogę gdzie już były w dużym kartonie koce, ręczniki i inne potrzebne rzeczy w takim schronisku. – Bardzo państwu dziękuję. Jestem Marek. Może zechcieliby państwo –  oczywiście z czworonogiem – pozwiedzać nasze schronisko?

– Tomek – przedstawił się kierowca Pandy – A to moja żona Barbara. A piesek wabi się Rufi. Oczywiście, że chcielibyśmy, jeśli nie będzie to w niczym przeszkadzało.

Pan Marek schylił się i pogłaskał Rufiego. Ten z kolei, jak zawsze, położył się na plecach i kazał się drapać po brzuszku. A kiedy pan Marek chciał skończyć, Rufi wstawał szybko na łapki i zaczynał doskakiwać do jego ręki.

– On nigdy nie ma dość – skomentowała Basia – Jak tylko się zacznie go głaskać, to można tak w nieskończoność. Rufi! Wystarczy już! – krzyknęła na pieska.

Piesek potulnie przestał się łasić, za to zaczął rozglądać się ciekawie po wnętrzu schroniska i wąchać wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu jego nosa. Najpierw przyniesione przez ludzi rzeczy, potem chciał się skierować do dyżurki, ale Basia przytrzymała smycz i nie pozwoliła mu tam iść.

– Tam nie wolno. – Rufi tylko spojrzał na swoją panią i jakby mógł, to by wzruszył ramionami: „jak nie to nie, ale próbować trzeba”.

– Chodźcie państwo za mną – Pan Marek włożył na robocze ubrania kurtkę i skierował się do drugiego wyjścia. Oczom czwórki ukazały się duże kojce, w których znajdowały się psy różnej wielkości, od szczeniaka po całkiem wielkie.

– Do tych wielkich to nawet bałbym się podejść – stwierdził Tomek.

Rufi był odmiennego zdania i jak tylko zobaczył przed sobą psy, zaczął się wyrywać w ich stronę, zwłaszcza tych dużych. Basia ledwo utrzymała rączkę smyczy, z taką siłą się wyrywał.

– Rufi! Spokój! – krzyknęła.

Tomek podszedł do Rufiego i przytrzymał linkę przy samym zwierzątku.

– Masz być spokojny, nie rzucać się, bo inaczej wezmę miotłę! Co prawda nie mam jej tutaj, ale ten pan – wskazał na pana Marka – na pewno tutaj jakąś znajdzie i wtedy zobaczysz.

Rufi spojrzał na Tomka i Basie, potem na pana Marka, zamrugał brązowymi oczkami, które pięknie odcinały się na tle jasnego pyszczka i mało po psiemu nie parsknął. Znał dobrze swoich właścicieli i wiedział dobrze, że tylko straszą.

– Nie boi się was coś – rzekł z uśmiechem pan Marek.

– No nie, kochana psinka, rozpieszczona do granic i teraz trudno coś zmienić, skoro już wlazł nam na głowę – rzekła Basia.

– Chodźmy – pan Marek skierował się w stronę pierwszego kojca, w którym były trzy średniej wielkości pieski.

Kojec był duży, jakieś pięć na pięć metrów, zadaszony w całości, w środku znajdowały się trzy budy, w każdej z nich były koce.

– Każdy z nich został gdzieś znaleziony i doprowadzony tutaj. Właściwie nie znamy ich historii, nie wiemy, czy się zgubiły, czy może właściciele ich porzucili.

Tomek, Basia i Rufi podeszli do kojca i przyglądali się pieskom. Te z kolei na widok przybyszów rzuciły się do krat, stanęły na tylnych łapach a przednimi oparły się o kraty, by mieć pyski jak najwyżej. I jak to psy – szczekały. Rufi nie był im dłużny i też odszczekiwał, też stawał przy kracie, tyle, że od zewnątrz. Tomek i Basia głaskali pieski przez kraty, dawali polizać ręce. Z każdym z nich tak samo.

– Każdy z nich na widok przychodzących ludzi zachowuje się tak samo – doskakują, liżą ręce, lubią jak się je głaszcze. I może mają nadzieję, że widzą swojego przyszłego właściciela – rzekła pan Marek.

Wszyscy przechodzili od kojca do kojca, za każdym razem było tak samo. Niezależnie czy pies był duży czy mały. Najdłużej wszyscy zatrzymali się przy kojcu ze szczeniakami. Jak i wcześniej, Rufi doskoczył do klatki i szczekał na pieski, te na niego, a co jakiś czas oblizywały ręce Tomka i Basi, dawały się głaskać.

– Te też zostały znalezione i przywiezione tutaj. Być może komuś urodziło się  za dużo szczeniaków i postanowił się ich pozbyć.

Mogło tak być, bowiem dwójka szczeniaków wyglądała identycznie: dwa rude maluchy, inne dwa były  czarne, a trzeci popielaty. W sumie pięć szczeniaków.

W kojcu obok był wielki pies, milczący, smutno spoglądający na przybyszów.

– Tego dopiero nam przywieźli. Musimy go jeszcze dokładniej przebadać, inaczej nie możemy go dać z innymi psami. Przez jakiś czas musi być sam w kojcu, potem, jak się okaże że jest zdrowy – damy mu jakiegoś towarzysza. Oczywiście – tej samej wielkości. – wyjaśnił pan Marek.

W dwóch klatkach były jeszcze kotki, te miały w nich duże rozłożyste gałęzie, po których mogły się wspinać, skakać, słowem – bawić się.

Kiedy już obejrzeli wszystkie zwierzęta, weszli z powrotem do budynku.

– Jeszcze raz dziękuję za wizytę i rzeczy – pan Marek ruchem brody wskazał na przyniesione reklamówki.

– Nie ma za co – rzekła Basia – Szkoda tych zwierzątek.

– To prawda – rzekł pan Marek – każdy z nich potrzebuje domu, schronisko to nie dom, chociaż zapewniamy im jak najlepsze warunki, opiekę lekarska, to schronisko zostało założone przez dwójkę weterynarzy, małżeństwo. Ale cóż, schronisko to nie dom.

– No co, panie Marku, wesołych świtą i szczęśliwego nowego roku życzymy. Oby te pieski znalazły własny dom. – powiedziała Basia.

– To czego panu jeszcze życzyć – zapytał Tomek – może żeby tu były pustki?

– Oj, dobrze by było – westchnął pan Marek.

– No, ale wtedy nie miałby pan pracy.

– Praca przy zwierzętach zawsze się znajdzie – odparł pan Marek.

Pożegnali się i cała trójka skierowała się do samochodu. Wrócili do domu. Tam już czekała na nich z obiadem mama Basi. Podczas obiadu Tomek i Basia opowiedzieli jej co widzieli.

– Widzisz mały, jak ci dobrze? Masz własny dom, ciepełko, kochających ludzi, robisz tu co chcesz, hasasz po ogrodzie. My cię nigdzie nie oddamy – zapewniła beżowego malca mama Basi.

*   *   *

            Wigilia Bożego Narodzenia przypadła w niedzielę. Uroczysta kolacja wigilijna rozpoczęła się – tradycyjnie wraz z pokazaniem się na niebie pierwszej gwiazdki. Po modlitwie i podzieleniu się opłatkiem, wszyscy domownicy zasiedli do stołu. Nagle Rufi szczeknął. Wszyscy spojrzeli na pieska stojącego w progu pokoju.

– No tak, tobie też wszystkiego najlepszego – powiedziała do niego Basia i pogłaskała go po pyszczku i karku. To samo zrobili inni. Tomek wyjął psią miskę ze spiżarki i przyniósł ją do pokoju wigilijnego, położył niedaleko stołu.

– Nie martw się, o tobie nie zapomnieliśmy. Jak byśmy mogli? – uśmiechnął się – Jesteś w końcu członkiem rodziny.

Wszyscy zasiedli do stołu, a Rufi stanął obok swojej miski. Po zjedzeniu tradycyjnego barszczu z uszkami, przyszła kolej na następne dania.

– No, pyszny ten barszcz był – rzekł Tomek.

– Ja sobie wezmę jeszcze kawałek karpika.

– A ja to samo i sałatkę. – rzekła Basia.

– A ja się już najadłem, dziękuję – powiedział Rufi.

Wszyscy spojrzeli nagle na psa ze zdziwieniem.

– Wigilia… – szepnęła Basia – Pies przemówił ludzkim głosem.

Rufi spojrzał na wszystkich swoimi brązowymi oczkami.

– Właśnie, skoro mogę to powiem. Cieszę się, że jestem tutaj, a nie tam. Nasłuchałem się tam tych historii, że aż smutno się robi. Nie wiedziałem wcześniej, że inne pieski mają takie życie.

– A co ci mówiły? – zaciekawiła się mama Basi.

– Te trzy pieski, które widzieliśmy na początku… Jeden z nich się zgubił, Ali, właściwie nie wie jak to się stało. Jak zwykle szedł na spacer po mieście i zabrnął w nieznane sobie rejony.

– Ależ ty masz bogate słownictwo – zdziwił się tata Tomka.

– No, nauczyłem się od was. No więc… zabrnął w te rejony, potem spadł deszcz i zgubił ślad do domu. Kręcił się po mieście aż go ludzie złapali i zanieśli do schroniska. Bardzo tęskni za domem. Miał dobrego pana. Ja się chyba sam nigdzie nie wybiorę, bo jeszcze się zgubię, a gdzie mi będzie tak dobrze, jak nie tu? Wolę chodzić na spacery z wami. A poza tym, wy mnie obronicie przed innymi psami. A drugi z tej trójki, nazywa się Bek, został wywieziony do lasu i tam porzucony. Ale zdołał wrócić do domu, tyle, że właściciel po paru dniach znowu go wywiózł, tym razem do innego miasta i znowu zostawił. Próbował znaleźć drogę do domu, ale nie udało mu się. To został schwytany przez rakarzy i zawieziony tam.

Wszystkim słuchającym zrobiło się smutno. Niektórym łza się w oku zaczęła kręcić.

– A te rude szczeniaki, jeszcze bez imienia. Te z kolei miały dom, ale na krótko. Pamiętają tylko, że najpierw były z matką w jednym domu, potem ktoś je zabrał do siebie i że tam były dzieci. Przez jakiś czas było fajnie, ale dzieciom się znudziły, więc ich rodzice oddali szczeniaki do schroniska. Ale powiedzieli panu Markowi, że je gdzieś znaleźli. One bardzo by chciały wrócić tam gdzie były z matką. Szkoda, że nie umieją mówić, to może by się im udało. Bo to był dobry dom.

Przez chwilę wszyscy milczeli. Rufi napił się wody i kontynuował.

– Azor z kolei sam uciekł z domu, bo był katowany przez właściciela. Ten lubił się nad nim znęcać, bił go, często nie dawał jeść ani pić. Właściwie tylko on jeden się cieszy, że jest w schronisku, bo mu tam jest lepiej niż w domu. Może to i dobrze, jak nie znajdzie się ktoś, kto by go wziął, to nie będzie mu smutno. Lubi pana Marka. A jedyne czego mu brakuje to więcej spacerów. Pan Marek go zabiera co jakiś czas, zresztą jak inne psy, na spacer, ale dla niego to za mało. A Atosa przynieśli sąsiedzi jego właściciela, który umarł Staruszek się nim dobrze zajmował, ale ostatnio coraz mniej miał sił albo zapominał o Atosie. Więc, mówił mi Atos, w sumie dobrze się stało, bo tu ma jedzenie, picie, własną budę. Nie jest to dom, ale ma nadzieję, że kiedyś ktoś go weźmie. Ktoś taki jak jego właściciel. A jeden piesek, Ural, mówił, że w tym schronisku bywa co jakiś czas. Zrozumiał, że jego pani wyjeżdża na jakieś delegacje i nie ma go z kim zostawić. To zostawia w schronisku. Mówił mi, że nie jest źle, wolałby jednak być w domu z panią. Co to jest właściwie ta delegacja?

– To wyjazd w ważnej sprawie – wyjaśniono pieskowi.

– Aha. To już wiem.

– No a ty coś im mówiłeś? –  spytała mama Tomka.

– No, opowiadałem o własnym domu i o was. Nie mogły uwierzyć, że można mieć tak fajnie. Ja im mówię, że w zasadzie, to mnie wolno wszystko. A nawet jak nie wolno to i tak często robię co chcę – wyznał szczerze Rufi – Mówiłem im, ze nie pozwalacie mi chodzić po pokojach bo się lenię, a ja im mówię, że mam patent – muszę odczekać chwilę i kroczek po kroczku wchodzę. Wy to widzicie, ale potem przestajecie reagować i pozwalacie mi się ułożyć nawet na dywanie. Tylko potem pomstujecie pod niebiosa, że przeze mnie trzeba sprzątać, myć ślady po brudnych łapach, czy po kapiącej mi z brody wodzie, kiedy się napiję z miski. Ale ogólnie mówię – jest fajnie, lepszego domu chyba bym nie znalazł. A i opowiadałem, jak gramy z piłkę w piwnicy, nawet to, że Tomek lubi mi wbijać piłkę między przednie łapki i uznaje że zdobył gola. No co – wiem o co chodzi, wy myślicie, że mało rozumiem, a ja już jestem duży i rozumiem wszystko – Rufi z dumą zadarł pyszczek do góry.

Ludzie pokiwali głową w zadumie.  Nie wiedzieli nawet, że mają takiego mądrego psa.

– Czyli rozumiesz wszystko, ale często udajesz, że nie. – podsumowała Basia.

– Nooo… można tak zaszczekać…

                                                                                                          TeKa, grudzień’2017

Dodaj komentarz

Close Menu